185.

Dodano 17 maja 2017, w Okruchy życia, przez Mili

Jednak niektóre rzeczy się nie zmieniają. Niezależnie czy mam osiem,  trzynaście, siedemnaście, dwadzieścia cztery czy dwadzieścia siedem lat. Każdy nawrót jej choroby boli. Zupełnie jakby miało mi pęknąć serce. Wszystko co mówi lub robi sprawia mi ból. Tak wielki, że sama juz nie wiem,  czy to przypadkiem ze mną nie jest coś nie w porządku. Objawy bywają różne,  ale mają wspólne elementy. Jak powinnam się zachować? Kiedy powiedzieć sobie: „ach,  to już ten czas” i zrobić to,  co nieuniknione? Raniąc siebie i ją jak najmniej? Kolejny raz… A wciąż jak pierwszy. Wciaz zadaje sobie te same pytania, na które nie ma odpowiedzi. Teraz wiem,  że życie prawie nigdy ich nie daje.

Wczoraj przypadkiem znalazłam wydruki tego bloga z okresu liceum. Prawie nie poznawałam siebie. Jaka byłam szczera i pełna optymizmu. Byłam zdecydowanie bardziej normalna niż teraz, choć wtedy czułam się tak wyalienowana. Studia jakoś mi nie pomogły.  Prawie przestałam pisać. Gdzies tam pomiędzy rzestalam myśleć,  że wciąż potrafię. Poza tym czytanie książek jest przereklamowane,  serio. Nikt od samego czytania nie stanie się mądrzejszy.  Nie wyrośnie mu nagle mityczna wyobraźnia. Przeczytałam w życiu bardzo wiele książek i co to zmieniło? Chyba nic.

Czy mam lat osiem, czy dwadzieścia osiem, to ta sama ja, ja, ja…

 

184.

Dodano 11 lutego 2017, w Okruchy życia, przez Mili

Nie chcę zapomnieć. Jego oczu jak małe wypełnione słońcem i miłością kasztany.  Radości, z jaką go witałam, a on mnie. Jego ciepła gotowego ogrzać mnie zawsze. Gęstej sierści na szyi. Małej głowy pasującej idealnie do mojej dłoni i wgłębienia przy moim obojczyku.  Serca bijącego równo i stale. Zapachu. Chudych łap niosących wszystkie sekrety życia. Wszystkich tych godzin, dni, gdy leżał zwinięty w kłębek, opierając się o mnie lub obok mnie, i śnił o przygodach. Uszu stojących na baczność, ogona w ruchu. Uśmiechu. Nie sądziłam, że zostawi po sobie taką pustkę. Jakby zabrał ze sobą część mnie. Do widzenia mój mały, mój piękny. Zawsze będę przy tobie. Byłeś najdzielniejszym psem na świecie, do końca. Do widzenia, do widzenia.

 

183.

Dodano 5 listopada 2015, w Okruchy życia, przez Mili

Ostatnio wiele z moich myśli domaga się wyrażenia i, o dziwo, przybiera formę poezji. Zwykłej, prostej, zwięzłej, bez rymu. Wiele też ostatnio czytam; utwierdzam się w przekonaniu o polskich pisarzach i poetach; jedni nie mają nic ciekawego do powiedzenia, drudzy są zbyt egzaltowani, wyrażają treści tylko dla siebie istotne i w sposób jedynie dla siebie czytelny. A właściwie to wszystko dotyczy Polaków, tylko w różnych proporcjach jest zmieszane: pozory, złudzenia, fałszywa duma nie wiadomo z czego… Dawno nie czytałam polskiej literatury, jakiegokolwiek gabarytu, która sprawiłaby mi przyjemność lub byłaby prosta, elegancka lub nienapuszenie ambitna. Lem, Szymborska itp. się nie liczą. A propos Szymborskiej. Jej poezję zawsze uważałam z bliską dla mnie, teraz wypada mi sprecyzować: późna Szymborska, ta która zaczyna się od „Końca i początku”, stateczna, pogodzona, pełna pokory, klarowna, również zwięzła i precyzyjna; tak, ta jest mi najbliższa i choć poznałam ją w większej całości, nie wyrywkowo, dopiero niedawno, wywarła wpływ na moje wiersze, choć w tych, a jest ich zaledwie kilka  spisanych w ciągu ostatnich  lat (z prędkością przybliżoną jednemu na rok), widać pewien defetyzm, połączony z dążeniem do transcendencji, a czasem po prostu wynikającym z niego. Zresztą te moje utwory trudno nazwać wierszami, to są ich zalążki, czasem po prostu czterowersowe myśli.

No i czemu ja się tak rozpisałam o tych swoich tworkach? Nie taki przecież miałam zamiar.  Ale to może jutro, dziś już późno.

 

182.

Dodano 21 marca 2015, w Okruchy życia, przez Mili

Co się zmieniło? Najbardziej boli mnie fakt, że S. oddaliła się ode mnie tak bardzo. Nie wiem już, co myśli, co czuje. Mam wrażenie, że sądzi, iż ja nie czuję nic. Jestem już zmęczona narzucaniem się, wyciąganiem ręki i trafianiem na ścianę lub milczenie. Czuję się zepchnięta na margines jej życia, albo jeszcze dalej. Przez pewien czas myślałam sobie: „poczekam trochę, to minie”, „muszę dać jej czas, później sobie o mnie przypomni”. To będą co najmniej dwa lata, gdy zaczęłam tak myśleć. Nie jestem jej już do niczego potrzebna. To takie przygnębiające. To tak jak na tych filmach, gdzie ludzie są tak samotni, że wyobrażają sobie, że gdy umrą, nikt nie zauważy, że ich ciało gnije pożerane przez koty/owczarki. Dobrze, dopóki żyją moi rodzice prawdopodobnie mój pies nie zdąży się mną pożywić, ale co będzie później? To było tak szalenie smutne, gdy ostatnio kładłam się spać i uderzyła mnie myśl: „gdybym teraz umarła, nikogo prócz rodziców by nie obeszło, że mnie już nie ma”. Nikomu nie brakowałoby rozmów ze mną, mojego zdania, nie będę tak samolubna, by pisać, że komuś mogłoby brakować mojego uśmiechu lub dobroci. Jest to przygnębiające o tyle, że – nie będąc w żadnym momencie życia zbytnio towarzyska – zawsze starałam się być miłym człowiekiem. Pewnie, nie jest to nic nowego, ale odkąd nie ma S., nie mam już nic. Stąd pewnie moja desperacja, której ma już dość, stąd moje naleganie, owo ciągłe wołanie, które pozostaje bez odpowiedzi. Naprawdę nie widać, że to rozpaczliwe wołanie o pomoc?
Odkąd przestałam się starać i opuściły mnie moje ambicje, odkąd moją jedyną ambicją jest przeżyć kolejny dzień, mam wrażenie, że mój czas w porównaniu do czasu otaczających mnie  ludzi zwolnił. To znaczy dni nadal mijają mi niepostrzeżenie, bo zawsze je wypełniam po brzegi, zapewne inni mają podobnie; to zupełnie tak jak na tych filmach sci-fi o zbliżaniu się do ciał o wielkich masach, na przykład do czarnych dziur. Zbliżam się do takiego wymarłego słońca (cudownym trafem nie zmieniając się w spaghetti, przynajmniej jeszcze nie), a wszyscy, których pozostawiłam daleko, idą do przodu.  Tkwię tak sama w próżni i obserwuję, jak wszyscy inni nie mają czasu na mnie spojrzeć, bo ich dni mijają za każdym razem, gdy ja mrugnę okiem. Wiem, że S. też jest ciężko, ma mnóstwo ludzi, którzy zabiegają o jej uwagę i nie mogę stawiać się przed nimi. Jednak czas dla mnie też mija. Choć to łamie mi serce, muszę w końcu to sobie powiedzieć: nic nie trwa wiecznie. Mijały lata i coś się musiało się w naszej relacji zmienić, choć tego nie zauważałam. Sądziłam, że to normalny proces; tymczasem nasza relacja zanikała. Umierała. Niezależnie ile wymówek dam sobie sama i ile S. mi zaprezentowała przez te lata, choć zapewne sama sobie nie zdawała z tego sprawy. Tak, wymagam od S. czegoś niemożliwego. Jak to mówią, próbuję reanimować trupa. I to już takiego mającego parę dni. To łamie mi serce ponownie.

 

181.

Dodano 17 marca 2014, w Okruchy życia, przez Mili

Kiedyś miałam większą wprawę w wyrażaniu myśli; nie bałam się ich. Były proste i naturalne. Myślę o życiu więcej niż żyję, myślę o pisaniu więcej niż piszę. Stąd się biorą moje wszystkie problemy. Moim dziennikiem stały się wrażenia z lektur, nie z życia. Terapeuta by zostać terapeutą, musi przepracować swoje własne problemy; inaczej się od nich nie uwolni i na każdej sesji z klientem będzie do nich wracał. Gdy chce się pisać, trzeba być w zgodzie że sobą, by nie pisać tylko o sobie, by wyjść poza siebie.

Brakuje mi rozmów z S. Nasza przyjaźń była zbyt bliska, by mogła trwać w niezmienionej formie przez całe życie. S. nie mieszka już na wyciągnięcie ręki; przecież nie mogło być tak do końca. Niegdyś rozmawiałyśmy niemal codziennie, jeśli przez tydzień nie wymieniliśmy smsa lub nie rozmawiałyśmy na gg, oznaczało, że się pokłóciłyśmy tak jak to się nam zdarzało raz na jakiś czas- intensywnie a krótko. Teraz S. dorosła i nie ma w jej życiu aż tyle miejsca dla mnie. Czuję się niema bez tej naszej bliskości, duszę się własnymi myślami, którymi dzieliłam się tylko z nią. To chyba niezbyt dobrze lokować tak wiele nadziei w jednej osobie – gdy jej nie ma, nie pozostaje nic.

 

180.

Dodano 29 września 2013, w Okruchy życia, przez Mili

Dni mijają zbyt szybko. Nie pozostawiają niczego, prowadzą donikąd.

 

179.

Dodano 4 kwietnia 2013, w Okruchy życia, przez Mili

Milina wytrwale brnie do przodu, raz nieco do tył, chwilkę przystaje nawet i patrzy w dal, ale nie poddaje się. Mówi sobie: „postaram się bardziej!”, „dam z siebie wszystko!”, i naprawdę w to wierzy. Nadal zastanawia się, w którą stronę powinna się udać, ale macha ręką i myśli: „się zobaczy”. Tak wyglądają jej plany na przyszłość: starać się bardziej, patrzeć dalej i oglądać anime. Poza tym spać, a jak nie spać, to pić kawę i jeść czekoladę. Resztę się zobaczy.

 

178.

Dodano 17 grudnia 2012, w Okruchy życia, przez Mili

Mało filmów sprawiło mi taki ból jak „Dzikie noce” Collarda. Były filmy bardziej wyzywające, nie było bardziej poruszających. Życie złożone z rozszalałych emocjami dzikich nocy i dni, a jednocześnie pełne poezji; minęło w mgnieniu oka, o wiele za szybko.

„Kto może powiedzieć, że wie co to wściekłość?
Pomruk, czy tylko muśnięcie burzy?
Może wystarczy oprzeć się
kuszeniu syren,
lub ryknąć jak lew na arenie?”

Otagowane:  

177.

Dodano 12 listopada 2012, w Okruchy życia, przez Mili

Śpieszę się realizować moje plany na życie, bo doszłam do wniosku, że to najwyższy czas. Takie, o których bałam się myśleć, ale które miałam – nie, nie od zawsze – od dziesięciu lat; mniej więcej od momentu, gdy zaczęłam prowadzić tego bloga. Nieźle się składa, nie? Wymagają one czasu, cierpliwości i ciężkiej pracy. No i przede wszystkim odwagi. Mnóstwa odwagi. Ale jeżeli nie odważę się teraz, być może nie zdążę tego zrobić już nigdy. Mimo że w tej dziedzinie nie mogę liczyć na spektakularne rezultaty.

Myślę o przemijaniu częściej niż kiedyś, ale jestem z nim pogodzona; piszę wiersze o śmierci i równolegle do nich proste historyjki ze szczęśliwymi zakończeniami. Lubię oba rodzaje twórczości.  Pierwszy nie ujrzy światła dziennego, bo jest zbyt prywatny i depresyjny; drugim lubię się dzielić, bo zawsze jest dobry powód, by uczynić świat odrobinę weselszym. Ale być może wiersze mają w sobie szczyptę optymizmu, a w opowiadaniach kryje się coś więcej? To wiem pewnie tylko ja.

Inspiracja na dziś: „Nic nie mogło być inaczej” – listy Oscara Wilde’a.

 

176.

Dodano 29 sierpnia 2012, w Okruchy życia, przez Mili

Nie chcę tego pamiętać. I po części już nie pamiętam, to był zbyt wielki szok. Dzień 20. sierpnia, na 10 dni przed moimi urodzinami. Spadło jak grom z jasnego nieba. Ale czy kiedykolwiek wypadki zdarzają się inaczej niż niezapowiedzianie? Żałuję, że nie uważałam bardziej na PO i nie wiem więcej o postępowaniu w sytuacjach kryzysowych i o pierwszej pomocy. Na szczęście przekonałam się po raz kolejny, że nawet w sytuacji szoku pozostaję dość opanowana; tylko to pozwoliło mi wytrzymać, myśleć logicznie i rozkleić się dopiero na pogotowiu, gdy lekarz za zamkniętymi drzwiami zakładał opatrunek mojej mamie. Od tego dnia współczuję wszystkim strażakom. Widok płonącego człowieka należy do najbardziej upiornych rzeczy, jakie można zobaczyć w życiu. Inną straszną rzeczą, jaką można zobaczyć, jest cierpienie bliskiej osoby wtedy, gdy nic więcej nie można dla niej zrobić. Tego dnia wszystko spadło na moją głowę, ale najgorsze było owo cierpienie, któremu nie mogłam ulżyć. Tydzień nieprzespanych nocy, wysiłku ponad możliwości i dopiero teraz wszystko zmierza w dobrymi kierunku. A jutro? Urodziny spędzę w szpitalu, z wizytą jak co dzień.

Gdyby się ciebie pytano, czemuś smutny, odpowiedz: „żal mi wody, co z morszczyn ścieka na brzeg zatoki Suma…”

 

  • RSS